poniedziałek, 31 stycznia 2022

"Czyś ty z konia spadła" cd. 2 - Pechowy dzień, który zakończył się ciekawie.

 



O przygotowaniach do wyjazdu z rodzicami  i o tym co można znaleźć w starych szpargałach.


      Dominika tego dnia wstała lewą nogą, a może i nie lewą, bo nie pamiętała. Natomiast dalsza część poranka i tak była na tyle pechowa, że pomyślała, iż jednak być może pierwszą nogą, którą dotknęła podłogi,  była lewa. Po pierwsze zaspała. Za oknem padał deszcz. Kołderka była cieplutka, dobrze się jej spało, bo usnęła tuż po północy. Usnęła nad książką, a w zasadzie na książce, bo nadrabiała zaległości. Próbowała poprawić ocenę. Od zawsze miała awersję do geografii. I co tu dużo mówić, Dominika nie lubiła walczyć ze swoimi awersjami. Dopiero zbliżający się koniec pierwszego półrocza i wizja jedynki wystawionej w dzienniku, na razie tylko  ołówkiem, wybuchł w jej świadomości jak raca, i przypomniał o konsekwencjach. Tata był zawsze bardzo konsekwentny i dotrzymywał słowa. A już w chwili, gdy przeglądał jej oceny w dzienniku elektronicznym, zagroził, że jeśli nie weźmie się za naukę, to na zimowisku może pożegnać się z jazdą na nartach, lodowiskiem, wizytami w czekoladziarni, cukierni i innymi przyjemnościami. A gdy Dominika stwierdziła, że w takim razie woli zostać z babcią i dziadkiem, po czym dodała, że smoli takie ferie zimowe, tata stanowczo oświadczył, że na ferie wyjedzie, bo w mieście jest fatalne powietrze i dobrze parę razy w roku pooddychać czystym powietrzem. Na wycieczki z nimi też będzie jeździć, aby przez szybę w aucie dobrze widziała co traci, a z czego przy odrobinie dobrej woli mogłaby skorzystać. Przy czym tata odwrócił się na pięcie i wyszedł z ich pokoju ale jeszcze w drzwiach odwrócił się i spojrzał w stronę Natalii.

        -- Chciałem tylko dodać, że to co miałem do powiedzenia Dominisi dotyczy również ciebie, Natko. Nie myśl sobie, że nie wiem, iż i ty masz tyły z nauką i grożą ci jedynki. Abyście nie zapomniały przypadkiem, że macie zaległości, to dokonam konfliskaty telefonów, komputer, telewizor i większość przyjemności.  Taka sytuacja będzie trwała do pierwszego dnia ferii, czyli do końca pierwszego półrocza. Codziennie mama będzie wam udostępniała telefony na pół godzinki, abyście mogły porozmawiać z koleżankami, dziadkami, babciami. Komputer będzie przysługiwał tylko na czas udziału w lekcjach. I to tylko w celu nauki. Jeśli na półrocze poprawicie oceny, wszystko wróci do normy. Jeśli nie, to już znacie dalsze konsekwencje.-- Tata spojrzał na córki spokojnie, bez zbytnich emocji oczekując na ich reakcję.Natalia się oburzyła.Właśnie miała zamiar poszukać sobie w internecie, być może na allegro nowej uprzęży dla królika Otella. Chciała zaimponować Zuzi, która miała śliczną, nową, czerwoną uprząż dla swojego pupilka. Jej Otello nie mógł być gorszy, a tu klapa. Natalia miała tyły z matematyki i również z geografii, którą nijak nie pojmowała. Dominika też nie była matematycznym orłem. Tak jak mówił dziadek, przy obydwu jego małych orlątkach spokojnie można było otwierać okna, bo miał pewność, że nie wylecą. 

        -- To niesprawiedliwe! My nie mamy predyspozycji do przedmiotów ścisłych! To nie fer! Rodzice nie powinni stać na drodze do szczęścia swoich dzieci, tylko  im pomagać. Gdzieś czytałam, że rodzice są zobowiązani symulować rozwój dzieci. -- zbuntowała się Natalia i dodała.

        --  Ja mam predyspozycje do zwierząt, szczególnie do koni, psów, królików i w ogóle mam zdolności do tańca i śpiewu. A wy z mamą w ogóle nie rozwijacie moich zainteresowań. Dominika może chodzić na salę i przygotowywać się do sparingów. Zapisana jest też na lekcje nurkowania. A ja? Mam nowe profesjonalne baletki i nie mogę brać lekcjach baletu, ani lekcjach śpiewu, bo nie ma kto mnie wozić. Mama stwierdziła, że same lekcje jazdy konnej na razie mi wystarczą. I tylko słyszę ciągle; ucz się, ucz się! 

-- Stymulować, a nie symulować, przestań się kompromitować! I zamilknij kobieto, bo nam się nie będzie opłacało! -- wysyczała Dominika, patrząc na marsową minę taty.

--  Jakbym był na twoim miejscu, posłuchałbym siostry. W tym momencie ma rację. A u ciebie teraz jest według starego przysłowia " sama świnia ryje i sama kwiczy". Ja za ciebie nie będę się uczył. I nie będzie żadnych dodatkowych lekcji, dopóki nie weźmiesz się za naukę. Lenisz się, nie uczysz, to i jedynki się posypały. Jak nie weźmiesz się do pracy, to kiepsko widzę twoją sytuację na pierwsze półrocze. I już z wami nie dyskutuję. Jak chcecie z samochodu oglądać innych szalejących na śniegu, to dalej leżcie na bułach i zbijajcie bąki. -- zagroził tata i wyszedł z pokoju.

W tym momencie Dominika i Natalia zrozumiały, że to nie przelewki. Żadnej z nich nie opłacało się marnowanie tak fajnego wyjazdu w góry. W dodatku tym razem tata umawiał się na wyjazd ze swoimi znajomymi,  z którymi od paru lat spędzali wakacje, a czasem wyjeżdżali na z nimi na krótsze wyjazdy. Dominika i Natalia bardzo lubiły córki pana Mieczysława i pani Zdzisi. Pomna tej przestrogi, Dominika postanowiła nie igrać z ogniem i wieczory spędzała na nadrobieniu zaległości. Natalia przekalkulowała wszystko i doszła do wniosku, że przy łucie szczęścia  powinna jakoś zaliczyć geografię i matematykę. Nawet wystarczy, jakby dostała na półrocze ocenę mierną. To jej na razie wystarczy. Podgoni wszystko w drugim półroczu. A jeśli przeliczyła się, to trudno, spędzi ferie jako obserwator. Ryzyk fizyk, stęknęła i wróciła do zabawy z Otellem.

                                                          * * *


W przeddzień wyjazdu obydwie dziewczynki postanowiły odwiedzić babcię Bogusię i dziadka Olka. Podczas ostatniej wizyty Dominika zostawiła u nich swoją nowo zakupioną czapkę i rękawice narciarskie. 

        -- Chodź młoda , pożegnamy się z dziadkami. Obiecałam babci pomoc w wyciąganiu pudeł z najwyższej półki. W jej szafie w przedpokoju można pudła dosięgnąć tylko  z drabiny, a ostatnio babcia ma zawroty głowy i sama nie może. Dziadek spędza całe dnie w piwnicy na majsterkowaniu i babcia nie może liczyć na jego pomoc. Mówiła mi, że dziadek jest teraz w szale malowania sztachet do nowej bramy. Obiecała też dać nam przed wyjazdem jakieś kieszonkowe, to będziemy miały na pamiątkowe duperele. Chciałam przywieść  Ance z naszego wyjazdu w góry takie śmieszne magnesiki na lodówkę. Ona ma straszne parcie na magnesy. Już ma na lodówce chyba ze dwudziestkę, a może i więcej. Mówię ci, cała lodówka jest oklejona tymi magnesikami. Ja tego nie kapuję, jak można chcieć magnesy, a nie jakiś fajny kosmetyk, albo maskotkę. Trzeba mieć kuku na muniu, jak to mówi nasza mama. Ale poza tym Anka jest fajna kumpela.

        -- No, przecież wiem , a ty życia nie znasz, to nie wiesz! Stara i durna!  -- skwitowała Natalia. I wykrzywiła się do siostry. 

        -- Zamknij twarz, jak nie chcesz zarobić z liścia ! -- odgryzła się Dominika.

        -- To powiem starym, że używasz przemocy i chwytów z maty. I skończą się twoje zajęcia. -- odparowała Natalia. 

Tym razem Dominika spasowała . Uznała, że nie warto nakręcać emocji. Po chwili obydwie dziewczynki stukały do drzwi mieszkania babci. Babcia z dziadkiem mieszkali niedaleko i siostry były częstymi gośćmi w ich domu. 

        -- O dobrze, że was widzę. Dominisiu , wejdź na drabinę i powyciągaj te trzy pudła, które stoją najgłębiej. Już nie pamiętam, co do nich wkładałam, a i tak powinnam tam trochę odkurzyć oraz przejrzeć, które rzeczy można powyrzucać. Przypuszczam, że sporo tam niepotrzebnych gratów. Tylko zbierają kurz. Będę od ciebie odbierała pudełka. A potem przytrzymam odkurzacz i powinnaś dosięgnąć do ostatniej półki. Trzeba poodkurzać.

        -- Już się robi! -- krzyknęła Dominika, zgrabnie wskakując na stopnie drabiny. 

        -- To wszystko mam ci podawać? -- zapytała.

        -- A dużo tam jest tych gratów?  To może i ja pomogę odbierać pudła. -- zaproponowała Natalka. 

        -- Dla bezpieczeństwa wystarczy, że ja będę odbierała pudła i podawała tobie. Załącz odkurzacz. Każdą paczkę trzeba dokładnie odkurzyć.  -- poinstruowała babcia Bogusia.

Przez kwadrans pracowały zawzięcie,  żartując, wypisując na warstwie kurzu napisy w stylu; ty brudasie lub mycie skraca życie... Natalia odkurzała i składała pudełka w kącie przedpokoju.

        -- Myślę, że to już koniec.  -- stwierdziła babcia Bogusia.

        -- Babciu, ale tu w kącie jest jeszcze jeden mały pakunek, związany czerwoną wstążeczką. -- zaciekawiona Dominika wspięła się na palce i sięgnęła w głąb szafy. Po chwili wydobyła mała paczuszkę listów zapakowaną w szary, miejscami porozrywany papier i przewiązaną kolorową tasiemką.

        -- Ale skarb odkryłaś! To moje stare listy, które zbierałam jako nastolatka. Gdy wyszłam za mąż za dziadka, szkoda mi było ich wyrzucać i schowałam do starej szafy. Widać po powodzi zostały umieszczone w tej ściennej szafie wraz z innymi pamiątkami. Wtedy pomagali nam różni znajomi ! A ja myślałam, że woda zabrała moje pamiątki.  O, jest tu nawet moje zdjęcie!. Miałam na nim chyba tyle lat, co ty teraz, Dominiko.  -- Babcia patrzyła na zawiniątko i cieszyła, jak mała dziewczynka. 

Gdy Natalia i Dominika nakarmione oraz wyściskane po dwóch godzinach poszły do swojego domu,  babcia Bogusia rozwiązała kokardkę, którą sama wie lat temu związała stosik korespondencji. I popijając aromatyczną herbatę  poszła na spotkanie ze swoją dużo młodszą wersją.

 


 

 

 

 



niedziela, 23 stycznia 2022

" Czyś ty z konia spadła?", czyli opowieść o nastolatce, która....


Wstęp. 


         Hura!! Julia weszła w świat moli książkowych. Zaczęła  czytać! I to sporo. Od paru lat wzrasta jej zainteresowanie literaturą piękną, które od zawsze próbowałam w niej rozbudzić, podtykając co lepsze książki. Przynajmniej tak myślałam, ale Jula należy do całkiem innego pokolenia. Ja dorastałam w okresie szału na muzykę Beatlesów, Rolling stones -ów, Niemena i jego utworu " Dziwny jest ten świat", którego za skarby nie chciało słuchać pokolenie moich rodziców. Wraz z " Anią z Zielonego Wzgórza " podkochiwałam się w Gilbercie, przeżywałam jej gafy i cieszyłam się z sukcesów. Do koleżenk dzwoniłam tylko z telefonu stacjonarnego, bo innego nie było. Byłam szczęściarą, bo mieliśmy w domu telefon, a  ten często był z przydziału. Chęć jego posiadania rejestrowało się w Telekomunikacji Polskiej, składając odpowiednie podanie wraz z uzasadnieniem powodów, a później czekało, czekało, czasem nawet po parę lat. Poza tym mieliśmy w domu telewizor, radio, a także adapter do puszczania na nim płyt analogowych. Rodzice słuchali piosenek zespołu Mazowsze, tzw. słowika Warszawy Bogny Sokorskiej, czy koncerty fortepianowe z utworami Fryderyka Szopena, ale ja wraz z siostrami wolałyśmy piosenki Urszuli Sipińskiej, Karin Stanek, Niebiesko Czarnych, Czerwono Czarnych,  Heleny Majdaniec, Kasi Sobczyk, Stana Borysa i innych młodych wykonawców. To było całkiem inne brzmienie, inna muzyka , niż dotychczas. Pewien rodzaj buntu przeciwko "starym". Coś, co nas młodych odróżniało od rodziców, dziadków. Jednak , czy rzeczywiście tak bardzo różniliśmy się od dzisiejszej młodzieży ? Gdy dziś zapytałam, jakie książki lubi Julia i jaka tematyka ją interesuje, odpowiedziała, że lubi czytać o zakochanych nastolatkach. To zupełnie jak ja w jej wieku. I wtedy wpadłam na pomysł, aby napisać jej książkę o nastolatce żyjącej w trochę innym czasie, w latach, gdy ja dojrzewałam, bo realia tych czasów znam najlepiej. Może wtedy bardziej regularnie będę prowadziła ten blog i znajdę odpowiedź na pytanie, czy rzeczywiście tak bardzo różnią się nasze pokolenia. Chciałabym, aby moja książka ciągnęła się w kolejnych postach i w końcu pokazała Julii, że choć świat lat sześćdziesiątych był zdecydowanie  inny, pozbawiony komputerów, telefonów komórkowych itp. elektronicznych gadżetów, to nastolatki były bardzo podobne do współczesnych. Tak samo zachwycały się książkami o pierwszych miłościach, miały bardzo ciekawe zainteresowania, marzyły, planowały, zazdrościły koleżankom, przyjaźniły się, eksperymentowały, buntowały, wagarowały... Sama jestem bardzo ciekawa, co mi z tej opowieści wyjdzie. A więc zaczynamy podróż wehikułem czasu.

                                                               

 Rozdział 1 , w którym poznajemy Dominikę Dorotę , jej rodzinę i dwie przyjaciółki o takim samym wdzięcznym imieniu Maja,  czyli  Maję Jedynkę i Maję Dwójkę, które Domi, bo tak jest przez wszystkich nazywana, ponumerowała. Poza tym poznajemy codzienny świat Dominiki i jeden feralny dzień z jej życia.


Dominika Dorota Nowak nigdy nie lubiła swojego imienia. Miała wielki żal do Starych , bo tak w duchu nazywała mamę Kasię i tatę Michała, ale nigdy nie odważyła się im tego powiedzieć w twarz. Przecież znała zasady panujące w ich domu. Żyła już całe trzynaście lat. I dobrze wiedziała, że zbyt częste ich przekroczenie zupełnie się nie opłaca. Zazwyczaj kończy się szlabanem. Do rodziców czasem, ale naprawdę bardzo rzadko, tylko gdy byli w świetnym humorze, można było powiedzieć Kasiu i Michasiu , ale tylko jednorazowo i  wtedy, gdy wspólnie z nimi się wygłupiali. Z nimi, czyli Domi i Natką. Natka w rzeczywistości nazywała się Natalia i była młodszą siostrą, z którą od zawsze Dominika darła koty. Natka była po prostu gówniarą, obżerająca się słodyczami, frytkami  i makaronem. Udawała, że jest bardzo mądra i czasem rzucała w jej stronę " takie jest życie, młoda", które podłapała podsłuchując rozmowę dorosłych i co najgorsze, mieszkała z nią w jednym pokoju. Dominika cierpiała więc na kompletny brak intymności, bo Natalia wsadzała przeważnie swój piegowaty, blady nos w jej prawie dorosłe sprawy, sprowadzała do wspólnego pokoju swoją głupkowatą koleżankę Magdę i grzebała w jej kosmetykach. A Dominika teraz była na etapie kompletowania kosmetyków do przyszłego salonu kosmetycznego. Wszystkie bony podarunkowe do sklepu Rossmann, które dostawała w prezentach przeznaczała na liczne maseczki, zmywacze, utwardzacze, lakiery , żele itp. W zasadzie tych specyfików nie używała, bo nie potrzebowała poprawiać swojej urody. Znajoma kosmetyczka, do której mówiła ciociu, bo mieszkała po sąsiedzku , a Domi od zawsze kumplowała się z jej starszym synem, powiedziała jakie kosmetyki może używać, aby pomóc skórze, bo są do cery bardzo młodej. I tego się trzymała. A jakby zapomniała, to i tak  przypominał o tym tata, który był  wielkim przeciwnikiem używania przez nią kolorowych lakierów do paznokci, czy podkładu do twarzy. Jednak mimo wszystko mania gromadzenia kosmetyków i innych upiększaczy nie zniknęła, a wręcz wzrosła szczególnie po tym, jak na swoje czternaste urodziny Dominika dostała od cioci lampę do utwardzania lakieru na paznokciach, plastykowe próbniki do nauki malowania paznokci, a poza tym ciocia wygospodarowała godzinkę i w ich domu przeprowadziła pokaz prawidłowego manikiuru. Zrobiła to w ich salonie, a gdy poszła do swojego domu, właśnie z pracy wrócił tata i był bardzo niezadowolony z panującego bałaganu. Szybko pozbierała wszystkie kosmetyki do licznych plastykowych organizerów i zaniosła do swojej części pokoju, po drodze przyrzekając tacie, że ostatni raz rozkłada się ze swoimi rzeczami poza swoim pokojem. A było ich sporo. Tak samo dużo miała książek na półkach nad swoim łóżkiem i biurkiem. W drugiej połowie pokoju, w tej w której rezydowała Natalia, stała wielka klatka z królikiem. Dominika bardzo bała się Otella, który początkowo nosił delikatne imię Cytrynka i miał być miłym przytulakiem, o którym marzyła siostra. Był prezentem dla Natki, która uwielbiała wszystkie zwierzęta i zamierzała w przyszłości zostać weterynarzem. Niestety rzeczywistość i prawdziwy lekarz weterynarii pokazali, że jest inaczej, bo to nie łagodna  samiczka, a ruchliwy i złośliwy samiec, który szybko rósł, doroślał i zrobił się agresywny. Gryzł klatkę, budząc Dominikę i Natalię w środku nocy. Poza tym parokrotnie ugryzł  Natalię w palce,  zaatakował stopy Dominiki i nastolatka zaczęła się go panicznie bać. Natalia wykorzystała sytuację twierdząc, że to jej broń biologiczna przeciw siostrze i zagroziła, że jak jej Dominika zajdzie za skórę, to nie omieszka użyć tej broni. Czasem, gdy Otello uciekał z klatki, znaczył pokój serią czarnych bobków i moczem. W ten sposób zaczął znaczyć teren. Gdy dwukrotnie Domi zapomniała ubrać bambosze i goła stopą weszła w ślady po Otellu, ostro zaprotestowała i zażądała usunięcia królika ze wspólnego pokoju.

-- Mamo,Chcę mieć własny pokój!  Ja już z tym zwierzyńcem Natalii nie mogę wytrzymać. Ta gówniara specjalnie wypuszcza swojego potwora, aby mi zrobić na złość. Wie, że on mnie żre po nogach. Poza tym jest obrzydliwy, bo to maszynka do robienia bobków. Strzela nimi jak z karabinu maszynowego. Fuj! Poza tym sika, gdzie popadnie. Od tego smrodu można zwariować, a jej to wcale nie przeszkadza. Zabierz ode mnie Natkę i jej pupilka. -- poskarżyła się mamie.

-- I gdzie ją wezmę? Dominiko Doroto, lekko przesadzasz! Czy wy zawsze musicie drzeć koty? Jesteś starsza, powinnaś być mądrzejsza. To ja przychodzę zmęczona do domu, a tu zamiast przygotować jarzyny do obiadu, wy prowadzicie wojnę. Natalio Nadio, chodź tu do nas! -- krzyknęła w stronę pokoju córek.Mama Kasia w chwilach, gdy miała do córek jakieś pretensje, zwracała się do nich bardzo oficjalnie, a więc  Dominiko Doroto i Natalio Nadio. 

-- I co, ten  konfident poleciał do ciebie  z donosem? -- usłyszały od drzwi kuchni i do pomieszczenia weszła naburmuszona Natalia. W jej objęciach siedział Otello i udawał najmilszego królika pod słońcem.

-- Nie konfident, tylko twoja siostra. I wytłumacz mi jakim cudem Otello był poza klatką. Przecież miałaś zakaz wypuszczania go w innych miejscach. Swobodnie może biegać tylko na  trawniku w naszym ogrodzie.

-- Obrażacie mnie, ja nie otworzyłam klatki, on jest sprytny i sam się uwalnia! Chyba się jakoś przeciska pod spodem. To bardzo mądry królik. Nie lubi być za kratami. Czytałam w internecie, że króliki, ale tylko samce sikają na odległość nawet w klatce. Tak śmiesznie podskakują i strzelają moczem w powietrze, a on spada na wszystkie strony. Robią to wtedy, gdy nie są wykastrowane. Widać mój Otelluś to robi, bo dojrzał. Trzeba z nim pójść do weterynarza. Poprzednim razem nam o tym mówił. No o tej kastracji, czyli operacji. Powinnaś pamiętać! -- powiedziała nadąsana Natalia.

-- Masz rację, po mojej wypłacie pójdziemy z nim na zabieg. A teraz pilnuj, aby z klatki nie uciekał i dobrze wszystko wysprzątaj. Trzeba umyć podłogę i ją wydezynfekować. Dominiko, jak nie chcesz siedzieć w smrodzie, to pomóż siostrze. Będzie szybciej. 

--No i znowu gówniara wygrała! Wykręciła się sianem, a ja muszę po niej sprzątać! -- odpyskowała Dominika i wychodząc trzasnęła drzwiami. W przedpokoju " gówniara" zrobiła zeza do siostry i wywaliła język na brodę . 

-- Dobrze ci tak, konfidencie! -- zasyczała Natka i uciekła z królikiem do łazienki, przezornie, szybko zamykając za sobą drzwi na klucz. 

-- Jeszcze cię jeszcze dopadnę ! -- zasyczała bezradnie Dominika i poszła do kuchni po mopa.

Gdy kończyła zmywanie podłogi, usłyszała dźwięk dzwonka, dochodzący z przedpokoju. Wyszła , aby otworzyć zamek u drzwi. Za drzwiami stały jej przyjaciółki. Maja Jedynka, czyli Pałka i Maja Dwójka, czyli Zapałka. Zgodnie z dziecięcą wyliczanką, której nauczyła się w dzieciństwie " pałka, zapałka , dwa kije, kto się nie schowa, ten kryje", ksywy pasowały do nich jak ulał. Obydwie były długie i tyczkowate. Istne kije , jak stwierdził sąsiad Maciek, trochę zazdrosny o tę babską przyjaźń. 

-- A ty w proszku. Dziś trening MMA. Zapomniałaś? -- stwierdziła Pałka , przekładając do drugiej ręki  sportową torbę. 

-- Ma jeszcze pół godziny czasu.-- uspokoiła koleżankę Zapałka i weszła do przedpokoju.

-- Poczekajcie w pokoju dziewczynek! Tylko zdejmijcie buty. Domi dopiero wycierała podłogę!

Dominiko, obiad czeka. Zanim wyjdziesz musisz przynajmniej zjeść zupę.Koleżanki poczekają. 

Gdy po obiedzie Dominika weszła do pokoju, Natalia w najlepsze rozmawiała z dziewczynkami. Wiedziała, że przy nich zemsta Dominiki zostanie przesunięta w czasie. A później, po treningu siostra nie będzie miała siły, by się mścić.

                                                                      ***


środa, 26 maja 2021

Końskie dylematy Julii. Czyli podobieństwa i różnice.

 

--  Halo, babciu ! Co się dzieje, że nie odbierasz rozmowy? Dzwonię do ciebie już dziesiąty raz! -- w głosie Julki usłyszałam cichą naganę. Nie zdążyłam się usprawiedliwić, bo Julka nie mogła doczekać się, aby przekazać mi swoje rewelacje.

-- Ja mam ci tyle do powiedzenia! Ale najpierw powiedz, co tam u was ? Jak pogoda, bo u nas świeci słoneczko i mam dziś jazdę kłusem. Ale Majka chyba zrezygnuje z jeżdżenia, bo pani zmieniła jej konia. Mi też zmieniła. Na początku trochę żałowałam, ale w sumie nie było czego, bo tamten był trochę złośliwy i chwytał mnie zębami. Tylko ogólnie był trochę bardziej powolny. Nadawał się do nauki jazdy. Pani instruktorka mówiła, że jest stary i czasem bolą go kości i stawy. Wtedy nie ma takiej cierpliwości i trochę się wyżywa. Ja rozumię, że taki koń też może cierpieć, bo w końcu to żywe stworzenie. -- filozoficznie zakończyła moja wnuczka.

--  I jest ssakiem. Człowiek też jest ssakiem. -- chciałam kontynuować rozważania Julki.

-- Ale jednak koń, to koń, a nie człowiek! -- sprzeciwiła się.

-- No tak , bo ludzie  należą do gatunku homo sapiens, czyli takiego, w którym  człowieka rozumiemy  jako istotę zdolną do myślenia refleksyjnego, bo ludzie to gatunek ssaków z rodziny człowiekowatych. A koń to gatunek ssaka nieparzystokopytnego z rodziny koniowatych.  Ale przerwijmy te naukowe rozważania, bo nie o tym chciałaś mi powiedzieć i pewnie nie o to zapytać. No to co tam z waszymi konnymi jazdami?

-- Jest  świetnie! Jak ci mówiłam, już będę kłusować, bo pani powiedziała, że robię ogromne postępy. Będę sama kłusowała już w ten piątek. Jak mi dobrze pójdzie, to od przyszłej środy będę chodziła na zajęcia grupowe. Wiesz będziemy w grupie gdzieś jeździć i musimy dobrze słuchać pani.  Jak powie "Julia wolta", to mam sama zrobić woltę, czyli obrót, ale inni nie mogą wtedy robić wolty. A jak powie "wszyscy wolta", to robię z wszystkimi, czyli robię obrót tylko wtedy, gdy usłyszę swoje imię i z wszystkimi, a jak pani powie inne imię, to robi ją ktoś inny, a nie ja. Czy zrozumiałaś? 

-- Zrozumiałam, ale co z tą Majeczką? Przecież ma fioła na punkcie koni. Już jej przeszło? -- dopytałam, ciekawa, dlaczego Julka twierdzi, że Majka chce zrezygnować z jazdy.

-- No wiesz, w zasadzie Majka dalej ma fioła na punkcie koni. Lubi je głaskać, czesać i takie inne pierdoły. Dlatego powiedziałam ci , że najlepszy dla niej prezent, to książka o koniach. Ma całą serię o akademii jednorożców i tylko jednej jej brakuje, " Oliwia i Śnieżynka". Mogłabyś jej kupić i do tego podkładkę pod myszkę z końmi. Nie jest droga. -- wyjaśniła.

-- To dlaczego Majka chce zrezygnować z jazdy?

-- No dlatego, że zmienili jej konia i że ja będę jeździła sama, a ona nie może. I to w zupełnie inny dzień. Mama Asi mnie tam będzie zawoziła, bo Asia też jeździ na koniach i dotychczas była bardziej zaawansowana, ale chyba ją dogoniłam.

-- Czy Asia to koleżanka Majki?

-- No tak, one razem się bawią i Majka ją bardzo lubi. Chyba trochę mi zazdrości , że już będę sama jeździła.  A ona boi się sama jeździć i w ogóle woli na kucyku, bo mały. Majka wszystkiego się boi! -- Julia podsumowała siostrę.

-- Wiesz Juleczko, każdy jest inny. Ona jest od ciebie młodsza, krócej jeździ na koniach. Poza tym Maja jest wrażliwa i ma bardzo bujną wyobraźnie. Dlatego czasem wyolbrzymia niebezpieczeństwa. Na zapas przewiduje, co mogłoby się jej stać, gdyby spadła z konia.-- starałam się załagodzić wypowiedź Julki. 

-- No właśnie! Na zapas! Ja już trzy razy spadłam z konia i nic mi się nie stało.  Dwa razy poleciałam przez łeb, a raz spotkałam się z końskim zadem. To nic przyjemnego, mówię ci! Ale bez przesady! Da się wytrzymać! Przeżyłam! -- roześmiała się dziewczynka i lekceważąco machnęła ręką.

-- A wiesz, że ja chyba byłam bardziej podobna do Majki, niż do ciebie, gdy byłam mniej więcej w waszym wieku?

-- Coś nie potrafię sobie tego wyobrazić, przecież nie jesteś moherową babcią. Znasz się na modzie, kosmetykach, umiesz prowadzić samochód i prawie o wszystkim mogę z tobą pogadać. W każdym razie nie trujesz. Majka ma teraz wyjechać na zieloną szkołę i już się boi, czy w nocy wytrzyma bez mamusi ! A ona jedzie nad morze i mamusia po nią od razu nie pojedzie. Ty pewnie w jej wieku tak nie mazałaś się.  -- stwierdziła Julia.

-- A co strach ma do moheru? Rzeczywiście nie mam moherowego beretu, tylko czapkę, ale w zasadzie i tak wolę kaptur. Jest wygodniejszy. Nie przyklapuje włosów. Wiem, wiem, że nie o to ci chodzi. Opowiem ci pewną prawdziwą historię. Jako dziecko i to chyba będąc bardziej w wieku twoim, niż Majki pierwszy raz pojechałam na obóz harcerski , a po tygodniu napisałam błagalny list do domu, aby rodzice mnie zabrali z tego obozu. W zasadzie obóz był fajny, dobrze zorganizowany. Mogłam się tam wyżywać plastycznie i nawet naszej grupie wymyśliłam nazwę "Gordony" i jako totem zrobiłam z gliny buzię Gordony z włosami w kształcie węży, które zrobiłam z korzeni drzew. Pół dnia szukałyśmy kory i korzeni, by wykończyć totem. Wygrałyśmy nagrodę za najlepszy totem. Mimo tego tęsknota za domem odbierała mi radość wspólnych wakacji z koleżankami. Jeszcze wtedy nie dorosłam do tak długiego oderwania się od domu. Tęskniłam za rodzicami, siostrami, babcią. Majka też z czasem będzie się coraz bardziej usamodzielniała. Daj jej na to czas i staraj się zrozumieć, że jest zupełnie inna, niż ty. To byłoby nudne, gdyby w domu były dwie Julki. Przypuszczam, że dla rodziców byłoby to dosyć trudne.

-- Masz rację, chyba by zwariowali. Ja już i tak im dosyć kołków na głowie naciosałam. To niech Majka dalej czesze te swoje koniki i głaska. Może kiedyś zostanie weterynarzem? Ja wolę kłusować!

--To kłusuj i jeśli nadal jesteś ciekawa, czy u nas świeci słoneczko, to muszę ci powiedzieć, że od dwóch dni pogoda jest pod " zdechłym Azorkiem", czyli padata.-- powiedziałam z żalem owijając się ciepłym kocem.

-- A mówiłam abyś dłużej została w mieście? Nie chciałaś mnie posłuchać, więc musisz się dostosować, bo u nas słoneczko i biegamy w krótkich rękawkach. Sama mi mówisz, że za swoje decyzje człowiek powinien ponosić odpowiedzialność. No to pa, zadzwonię, gdy będę już po jeździe.  



 


środa, 19 maja 2021

Królik bojowy.



 --

 -- Dzień dobry babciu! Czymmmmogłabyśśśś...... -- głos Juleczki był przytłumiony. Sapała  i coś mruczała pod nosem. Nie rozumiałam, o co jej chodzi, a jedynie, że po przywitaniu się chciała mnie o coś zapytać.

-- Nie mogę zrozumieć, o co chciałaś powiedzieć. Zrozumiałam tylko pierwsze zdanie, czyli ... dzień dobry.-- powiedziałam w czeluść smartfona.

-- Tylko nie przełanczaj na kamerkę.!--  krzyknęła moja wnuczka i znowu coś zamruczała pod nosem.

Zaintrygowała mnie ta prośba. Zaczęłam się dopytywać, jaki to ważny powód  spowodował zmianę przyzwyczajeń, bo dotychczas drugim zdaniem, którym mnie witała, była prośba o włączenie kamerki.

-- Przede wszystkim nie powinnaś mówić " przełanczaj", tylko "przełączaj". -- powiedziałam, bo słowo  zazgrzytało mi jak metal piłowany innym metalem. Dźwięku tego zazwyczaj nie jestem w stanie znieść.

-- E tam, wszystko jedno, czy "nie przełanczasz", czy " nie przełączysz", bo chodzi mi o to, abyś kamerkę zostawiła w spokoju. -- zbagatelizowała moje napomnienie Julka. 

Zmroziło mnie. Moja wyobraźnia zaczęła pracować. Już widziałam w pokoju Julki tabuny koleżanek...i bałam się pomyśleć, co jeszcze, więc bardzo delikatnie zaczęłam dopytywać.

-- Okey! A jesteś w pokoju sama? Mama już przyszła z pracy? A Maja jest w domu? 

-- Babciu, jak  ty nielogicznie myślisz! Pory dnia ci się pomyliły? Przecież na dworze ciemno. Mama już dawno w domu i tata też, a Majka siedzi na swoim łóżku i mnie terroryzuje królikiem. No właśnie dlatego nie chciałam, abyś  nie za...łączyła kamerki. -- Jula odetchnęła z ulgą, że tym razem poprawnie nazwała czynność, której się bała wymówić. 

-- No to o co chodzi z tą kamerką, bo nie mogę zrozumieć. 

-- Już ci wyjaśniam. Ty wiesz, że Majka dostała królika, o którym marzyła? Ten królik miał być miniaturowy, ale jakoś podejrzanie urósł. Pewnie dlatego, że ciocia kupiła go w sklepie zoologicznym w Strzelcach. Wcześniej podobnego królika zakupiła w tym samym sklepie dla  swojej córki i on też tak urósł. Więc to chyba taka  strzelecka odmiana miniaturek, które rosną ponad miarę. A ten królik na dodatek gryzie. Mówię ci, już parę razy uciął mnie w duży palec od nogi. Więc się go wystraszyłam. Majkę to bardzo rozśmieszyło, że boję się królika i teraz mnie nim terroryzuje. Jak czegoś nie chcę jej dać, to otwiera klatkę i napuszcza na mnie królika. A ten królik, to jest jakiś dziwny. Dużo je i produkuje bobki. Mówię ci, on jest jak maszynka do produkcji bobków. Strzela nimi jak z karabinu maszynowego .To on chyba jednak jest bojowy. To może taka broń biologiczna. Co o tym myślisz?

-- Nic nie słyszałam o królikach bojowych, ale ja nie znam się na zwierzętach bojowych. Chyba takich nie ma. Czytałam coś na temat gazów bojowych, które po raz pierwszy zostały użyte na froncie I wojny światowej. Ale o królikach nic tam nie było. -- odpowiedziałam z namysłem.

-- Szkoda, że nic na ten temat nie wiesz, choć to może ma coś wspólnego z gazem bojowym. --Julka ciężko westchnęła. 

-- Nie widzę związku. Coś na siłę starasz się umieścić biednego królika na liście wyposażenia wojsk chemicznych. Poza tym nie wiem co królik bojowy, lub nie bojowy ma wspólnego z twoją i moją kamerką.

-- Ma wiele wspólnego, bo nie możesz teraz oglądać naszego pokoju właśnie z powodu królika. To byłby dla ciebie prawdziwy szok, a starsze osoby źle znoszą szoki, bo mają słabe nerwy.

--Ej, zapędzasz się na niebezpieczne tereny, bo ja aż tak słabych nerwów nie mam i widok królika nie pogorszy ich stanu. -- odpowiedziałam lekko urażona oceną wnuczki.

-- No, może sam królik nie spowodowałby szoku, ale widok naszego pokoju, po którym grasował królik z cała pewnością tak. No bo ja odganiałam królika i rzucałam w niego czym się da, a on robił uniki i strzelał bobkami. Majka w tym czasie była w łazience, bo się kąpała. Gdy przyszła, to na boso przeszła się po tych bobkach i poszła do łóżka. Powiedziała, że ona nie bałaganiła, więc nie będzie sprzątała. Mam to zrobić sama. A ja się boję i też nie zlezę z łóżka. Muszę czekać, aż królik sam zdecyduje się na powrót do klatki. I teraz Majka już jest w łóżku, ja też jestem w łóżku, a królik grasuje po pokoju i strzela bobkami na moje rzeczy. Teraz wszystko będzie cuchnęło, bo Majka powiedziała, że ona posprząta bobki, gdy królik będzie w klatce i ja sprzątnę swoje rzeczy. Czyli u nas teraz jest gaz, który wyprodukował królik bojowy. Czyli gaz też jest bojowy! 

-- To jest logiczne! -- stwierdziłam zanosząc się śmiechem.

-- Wreszcie zrozumiałaś ! Ale długo zajęło ci sczajenie bazy! To dobranoc, bo chyba królik właśnie wszedł do klatki.  -- zakończyła Julka i nie czekając na odpowiedź rozłączyła rozmowę. 

 


sobota, 8 maja 2021

Dylematy małolaty : savoir-vivre , czekolada i powrót do szkoły.

 



-- Babciu, kiedy przyjedziecie do miasta, bo już nie mogę się doczekać?! --  zapytała Julka, nie siląc się na  na przywitanie.

-- Dzień dobry Juleczko! Myślę, że najpóźniej będziemy w mieście z końcem maja, bo teraz nie możemy ruszyć się z domu. Dziadek postanowił wybudować murek i schody, aby wygodniej było zejść  spod chaty do ogrodu. Kupił cement, piasek, posegregował kamienie i muruje. Ja posadziłam kwiatki i zioła, wykosiłam trawnik. Zresztą, po co ci będę dokładnie wyliczać. Po prostu mamy teraz huk roboty. Wykorzystujemy piękną pogodę na prace wokół chaty. -- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

--No oczywiście, że dzień dobry! Tak mi się tylko na chwilę zapomniało o savoir vivrze ! Ale wytłumacz mi dokładnie czy ten ,no "savoir -vivre", to tylko "dzień dobry", czy też coś więcej, bo nie skumałam, co mi ostatnio dziadek mówił. - pochwaliła się Julka znajomością  nowego słowa.

-- To znaczy Juleczko nie mniej, nie więcej, jak dobre maniery, bon-ton, znajomość reguł grzecznościowych. Rozumiesz? No, kumasz?

-- Acha! Więc to też, inne takie pierdoły, jak;  "przepraszam", "proszę","dziękuję"," dobranoc". A czy "cześć" to też jest ten savoir, a" hejka" ? -- zastanawiała się moja wnuczka.

-- Myślę, że wszystko zależy od tego, w jakim jesteś towarzystwie. To powinny być reguły grzecznościowe i zasady przyjęte w danej grupie wiekowej, czy społecznej. Kiedy idziesz do Emilki, na powitanie wystarczy powiedzieć " hejka!" bo tak młodzież się pozdrawia, ale jeśli drzwi otworzy jej mama, czy babcia , to raczej nie powiesz do nich " hejka", tolko zwykłe " dzień dobry" , a jeśli do tego dodasz uśmiech, to sukces murowany! -- powiedziałam i głośno roześmiałam się na myśl o Julce mówiącej do starszej pani Pelagii Nowak, która była matroną w wieku około osiemdziesięciu lat zamiast "dzień dobry" ," hejka". W wyobraźni zobaczyłam jej czarne, pomalowane zbyt mocną kredką brwi, z oburzenia podchodzące pod pofałdowane głębokimi zmarszczkami czoło, czerwone wypieki na wiotkich policzkach i trzęsącą się z oburzenia głowę. Pulchne ręce kobiety łapały się za szerokie biodra i już prawie słyszałam gderliwy, syczący głos wydobywający się z wąskich kresek warg.

-- Niewychowana gówniara! Kto cię tego uczy? Czy was w ogóle czegoś uczą w tej szkole? A matka to wie, jak ty się do starszych odnosisz? Muszę porozmawiać z Halinką, aby sprawdziła z kim ta Emilka się zadaje, bo ona też tylko "hej" i " hej". Do koni mówiło się na wsi " heta, wiśta , wio",kto to widział aby tak mówić do człowieka. Ja koniem, ani klaczą nie jestem.  A Halinka niech się solidnie weźmie za wychowanie Emilki, aby dziecko nie wyrosło na chuligana.

 -- Z czego się śmiejesz? Czy ja coś głupiego powiedziałam o tym savoi- vivrze?  -- niepewnie zapytała Julka, rozwiewając obraz groźnej Nowakowej. 

-- Nie z ciebie się śmieję, tylko ze swoich myśli, bo   zwizualizowała mi się babcia Emilki. 

-- To ci nie zazdroszczę! Ja się jej boję, ale Emilka mówi, że z nią można wytrzymać i nie jest taka zła. Podobno przemyca dla niej ciastka i czekolady, bo nie uznaje, jak to mówi " tych nowomodnych diet ".Twierdzi, że żadne dziecko jeszcze nie umarło od dobrej czekolady. Mama Emilki się na to złości i twierdzi, że to niezdrowe, aby tak rozpychać dziecko cukrem. Więc babcia daje jej słodkie po kryjomu. Mówi, że jest starsza, to wie lepiej. I teraz Emilka będzie musiała się odchudzać, bo tak mówił ponoć na ostatnim badaniu jej lekarz. I popatrz, starsi się kłócą, a dzieci cierpią! -- powiedziała filozoficznie Julka.

-- To przecież Emilka nie musi jeść tej czekolady. -- stwierdziłam.

-- No coś ty, musi! Nie chce robić babci przykrości, bo ją bardzo kocha, a poza tym czekolada jest przepyszniutka! Czy ty dałabyś radę nie jeść czekolady, jakby ci prawie wpychali taką deserową, bo wiem, że mlecznej nie lubisz? A ona lubi każdą, więc je i oszukuje mamę, że nie je, a potem cierpi. Mogłyby się te wychowujące  dogadać między sobą, bo może gdyby tak uzgodniły, że Emilka mogłaby co drugi dzień po kosteczce, to lekarz by też pozwolił i nie zmuszał ją do diety?

-- A jak tam twoje bieganie? -- zmieniłam temat, bo cóż miałam powiedzieć. Ciężko jest, gdy dorośli mają inne systemy wychowawcze i nie potrafią się dogadać co do wspólnego postępowania z dzieckiem.

-- Miałam biegać , ale mi przeszło i nie będę słynną biegaczką. Nie chce mi się. Wolę pływać, ale teraz baseny zamknięte i czekam na  otwarcie. Tata obiecał, że mnie zapisze na takie specjalne zajęcia z pływania. Stwierdził , że mam talent. Ale mój talent musi poczekać na basen. A w ogóle to wracamy do szkoły. Ale czy to nie głupie, bo wracamy na trzy dni. Potem inni będą wracać, a my znowu będziemy się uczyć z kompa! I takie to teraz nasze życie! Ale na moje urodziny dojedziesz? Sama upiekę tort i będę was obsługiwała. Poza tym będzie mnóstwo balonów! Zobaczysz, jak będzie świetnie! To pa! Muszę kończyć, aby przejrzeć zeszyty, bo mam za chwilę kartkówkę z historii!





środa, 4 kwietnia 2018

Otrate i ZanitE

      
Babcia Bogusia i dziadek Jędrek byli już od paru dni w domu. Wrócili ze swojej chaty zasypanej śniegiem i mocno przymrożonej. Mimo, że nastał wiosenny czas, wiosna jakoś nie chciała przybywać w okolice chaty. Zatrzymała się w mieście. Widać tutaj było jej bardzo dobrze. Słoneczko w mieście grzało jak szalone i zrobiło się bardzo wiosennie i wesoło. Promienie słońca coraz częściej zaczęły zaglądać do okien. Zajrzały też przez okno w babcinym domu i z ciekawością zaczęły myszkować po wszystkich pokojach. Drobinki kurzu zwabione złotymi refleksami słońca,  ruszyły w tany, ciesząc się z możliwości zabawy. Babcia Bogusia nie była zadowolona z tych harców. Załamała ręce, pokręciła głową i postanowiła zabrać się za wiosenne porządki. Niedługo miały nastać Wielkanocne Święta. Babcia starała się wysprzątać dom, zanim na dobre ziemię opanuje wiosna. Ta pora roku kojarzyła się jej z lśniącymi oknami, błyszczącymi meblami, wytrzepanymi dywanami i ogólnym porządkiem. Tak było co roku, więc dlaczego tej wiosny miało być inaczej?
Wczesnym rankiem babcia Bogusia  ruszyła do walki z nadmiarem kurzu, brudnymi oknami i pająkami przyczajonymi w różnych ciemnych miejscach mieszkania. Oczywiście najpierw wypowiedziała wojnę wszystkim oznakom brudu i zaniedbania. I jak prawdziwie dobry dowódca walczący z wrogiem, czyli dobry strateg, najpierw postanowiła sporządzić plan taktyczny całej operacji pod nazwą " Bryza". Babcia przeglądnęła całe mieszkanie, zarejestrowała każdą drobinkę kurzu, każdą brudną plamkę. Wszystko zapisała w grubym notatniku i plan sprzątania rozdzieliła na parę najbliższych dni. Oczywiście, aby plan był poprawny,  przy każdym z zajęć wskazała osobę, która powinna zrealizować przydzielone zajęcie. Prace ciężkie przydzieliła dziadkowi Jędrkowi, a także prace na wysokości, z uwagi na jego wysoki wzrost i muskulaturę. Dziadkowi przypadła również walka z pająkami. Przecież wiadomo, że dziadkowie są dzielni i nie boją się nawet najbardziej włochatych pająków. Babcia też nie bała się, ale nie chciała mieć z nimi nic do czynienia, bo napawały ją obrzydzeniem. Dziadek się ich nie brzydził. Łapał delikwenta, przytrzymywał zmiotkiem  i wynosił na łopatce na ogród, gdzie mogły sobie do woli pleść swoje sieci. 
Po paru dniach , gdy babcia  posprzątała już prawie całe mieszkanie, a dziadek powyganiał wszystkie pająki, wczesnym rankiem zadzwonił telefon.
        -- Halo, Babcia? ! Tu Jula. Mam pytanie. Czy mogłabyś dziś zostać z nami? Ja idę na rekolekcje i dziadek mógłby mnie później odebrać z kościoła, a Majka dopiero była chora. Już wyzdrowiała, ale jeszcze nie chodzi do szkoły. Mogłabyś ją trochę popilnować. Później weźmiesz ją do was. I ja tam  przyjadę! To co ? Zgadzasz się? Mama może spokojnie jechać do pracy? -- zapytała Jula.
        -- Z prawdziwą przyjemnością pobędę z wami. Pająki wygonione, warunki prawie sterylne. Jest cudnie i ciepło. Chętnie wystawię nos z domu. -- babcia uśmiechnęła się do słuchawki, chociaż wiedziała, że wnuczka jej nie widzi.
Około południa dziadek zgodnie z obietnicą pojechał po Julę, a babcia Bogusia wraz z Mają poszły na plac zabaw. Słoneczko świeciło jak szalone. Zrobiło się ciepło. Maja postanowiła cała drogę pokonać na nowym rowerku.
        -- Wiesz Babciu, nie musisz się o mnie martwić. Ja znam zasady poruszania się po ulicy. Będzie tak;-- tłumaczyła-- ja jadę i jadę chodnikiem, aż do innej uliczki, która przecina chodnik. Potem staję i patrzę w prawo i w lewo. Jak nic nie jedzie, to przejeżdżam na kolejny chodnik i tak do Orlika. To co, zgadzasz się na taki układ?
        -- Zgadzam się, ale pod warunkiem małego dodatku do umowy. Otóż ty sama nie przejeżdżasz na drugi chodnik. Czekasz na mnie, albo wracasz do mnie i razem przechodzimy na drugą stronę. -- zgodziła się babcia.
        -- To umowa stoi. Wiesz, że jestem rozsądna i znam się na zasadach poruszania po ulicy. Potem pójdziemy na Orlik i poćwiczymy kostki. Jak człowiek chce być zdrowy, to musi ćwiczyć kości. -- dodała.
        -- Chyba będziemy ćwiczyły mięśnie, które podtrzymują kości. -- sprzeciwiła się babcia.
        -- Oj babciu! A jak ćwiczysz te swoje mięśnie, to i ćwiczysz kostki. Bez tego się nie da. -- stwierdziła Maja i wsiadła na rower.
       -- Oj chyba się nie da! -- westchnęła babcia i pomyślała o swoim bolącym kolanie.
I babcia ćwiczyła mięśnie i chyba też kości, bo staw kolanowy czuła podwójnie, a wiadomo, że w stawie tym jest i kość, która nazywa się rzepka i główki dwóch innych kości.  A później przyjechał dziadek i Julia, która zaraz pobiegła pojeździć na rolkach. A potem szybko zrobiła się pora obiadu i babcia musiała wracać do domu. Gotowała  w kuchni obiad, a Maja zrobiła sobie  w dziecięcym pokoju sklep. I napisała na kratce, którą powiesiła na drzwiach "Otrate". Na drugiej stronie kartki napisała "zanitE". I babcia od razu wiedziała, że teraz sklep jest otwarty. Wprawdzie, gdy przyszła Julia od razu zauważyła, że napis powinien zostać zmieniony na "otwarte" oraz " zamknięte". Ale Jula już chodzi do czwartej klasy, a Maja ma siedem lat i jeszcze nie wszystko potrafi poprawnie napisać. Babci i dziadkowi bardzo spodobał się nowy napis widniejący na drzwiach dziecięcego pokoju. I nie mieli nic przeciw temu, że Maja powiesiła go i wisiał nawet w czasie świąt. A święta to magiczny czas pełen kolorowych pisanek i zajączków przynoszących słodycze, ale to już inna opowieść.


wtorek, 27 lutego 2018

Szalone ferie i jazda do... rygi!


          Był styczniowy wieczór. Szybko zapadł zmrok. W aksamitnej ciemności, oświetlonej zimnym światłem księżyca wielkie płatki śniegu wolno opadały na ziemię. W chacie panował lekki półmrok. W kominku wesoło trzaskał ogień i ciepłym blaskiem otulał wnętrze. Dziadek Jędrek właśnie  zdrzemnął się w swoim fotelu. Babcię wchłonął świat czytanej książki. Nagle w błogą ciszę wdarły się jakieś dźwięki.
        -- Babciu, dziadku, jesteśmy! -- Z drewnianego tarasu dochodził odgłos tupania i wesołe głosy wnuczek. Za moment drzwi otwarły się i do wnętrza wraz z powiewem zimnego powietrza wpadła Julia. Na plecach miała kolorowy plecaczek, a spod pachy zwisał jej Kłapouchy, bez którego nie potrafiła zasnąć. Za Julią człapała zaspana Maja. W ręce niosła kolorową poduszeczkę i trzy maskotki. Obie dziewczynki rzuciły się babci na szyję. A za chwilę przeniosły się do dziadka i obściskiwały go z całych sił.
      -- Gdzie rodzice? -- zapytał dziadek Jędrek, oswobodziwszy się z niedźwiedziego uścisku Mai. Ta machnęła ręką.
      -- Idą! -- powiedziała.
     -- Chciałam powiedzieć, że gramolą się. Mają strasznie dużo bagaży do zniesienia. Ciemno jest, to trudno się schodzi. Na stoku jest ślisko. Można zęby powybijać. -- wyjaśniła.
        --  Jakbyś sobie wybiła, to odpadłaby ci wizyta u dentysty. -- powiedziała Julia.
        -- Ale wybijanie zębów boli, więc to mi nic nie da. Nie opłaca mi się. -- stwierdziła Maja.
        -- No trudno, coś za coś! Albo dentysta, albo wybite zęby. Mama i tak ci nie odpuści. -- stwierdziła Julia, zdejmując plecak.
       -- Babciu, a ona nie może jeść słodyczy, dopóki nie da sobie załatać zębów. -- poinformowała. Maja od razu nadęła policzki.
        -- Nieprawda! Mogę jeść, tylko za każdym razem muszę po nich myć zęby. --  wyjaśniła obrażona na siostrę.
         -- Ale mi się chce pić! Chyba umrę z odwodnienia.  -- stwierdziła.
         -- Nie przesadzaj! Przecież całą drogę piłaś wodę. Tak szybko się nie umiera. Tak można tylko na pustyni, gdy bez przerwy świeci słońce i jest gorąco. A tu jest zimno ! --  wyjaśniła Julia.
        -- Babciu! A może tak zrobiłabyś trochę kakałka? -- zapytała Julia i dodała. -- Twoje kakałko jest pyszniutkie. Całkiem mi się komponuje ze snem.
        -- Tak, tak! Najlepiej zrób dużo, bo mi się też komponuje. -- przytaknęła Maja.
        -- A może tak od razu pójdziecie na górę do swojego pokoju. Wszystko wam przygotowałam. Możecie się rozbierać. Wypijecie kakao, coś zjecie, a później kąpiel i do łóżka. Jutro czeka was przygoda.
        -- A jaka? -- zapytała Maja --, bo jeszcze się nie zdecydowałam, czy zostaję z wami i Julką, czy wracam z rodzicami.
        -- Musisz do jutra wiedzieć, czy tydzień wytrzymasz z daleka od rodziców. Nie ma szans, aby zaraz po was przyjechali. Za dużo kilometrów. Wrócicie dopiero z nami. -- powiedział stanowczo dziadek.
        -- Jestem w rozterce! -- stwierdziła  Maja. W tym momencie w drzwiach chaty pojawił się tata, obładowany bagażami. Za nim szła mama, która też miała obie ręce zajęte pakunkami.


         -- Co to za rozterki, Majciu? -- mamę Karolinę zaciekawiła wypowiedź młodszej córki.
         -- No, wiesz, to o czym rozmawiałyśmy w drodze do chaty! -- niechętnie wyjaśniła dziewczynka.
        -- Dasz radę ! -- powiedział tata.
        -- Pewnie, że da radę! -- potwierdził dziadek.
        -- Nie byłabym taka pewna. -- Julia przypomniała sobie swój pierwszy wyjazd bez rodziców.
        -- Nie strasz Mai. Ona jest inna, niż ty. -- powiedziała mama.
        -- Jutro rodzice wyjadą, a my pojedziemy na basen, na lodowisko. A czy przywiozłyście swoje figurówki? I stroje kąpielowe? -- dopytywał dziadek.
        -- Ja przywiozłam wszystko! A czy Majka coś wzięła , to nie wiem. -- powiedziała Jula.


         -- Julka! Denerwujesz mnie. Czy ty myślisz, że ja mam pamięć, jak nasz stary dziadek?
        -- O kogo ci chodzi? Czy może mówisz o mnie? Ja nie jestem stary i pamięć mam jak starzy górale. Dobrą, tylko krótką. -- roześmiał się dziadek Jędrek.
        -- Coś ty, mój kochany dziadziusiu! Ty nie masz krótkiej pamięci. Chodzi mi raczej o dziadka Kazia.-- Maja przymilnie popatrzyła w oczy dziadzia i przytuliła buzię do jego szorstkiej brody.
          -- Kłujesz! -- zapiszczała, odskakując od fotela.
         -- To chyba na waszą cześć będę musiał się ogolić, moje królewny!


        Gdy tylko rodzice wyjechali, a dziadek skrócił brodę, zabrał dziewczynki na lodowisko. Jednak nie była to udana wyprawa, bo Maja szybko zmarzła w palce u nóg i musieli wracać, chociaż Jula ostro protestowała. Przecież chciała wypróbować swoje nowe figurówki, które znalazła pod choinką.
Jednak dziadek był nieugięty. Dziewczynki wróciły do domu bardzo zmęczone. Za to w nocy babcię zbudził niespokojny sen młodszej wnuczki. Maja jęczała i sapała. Gdy babcia ją delikatnie zbudziła , usłyszała.
        -- Babciu, brzuch mnie boli. Chyba zjadłam za dużo słodyczy. Mama pozwoliła mi zjeść lody i ciastko, a potem jeszcze jadłam cukierki. A ty na kolację zrobiłaś mi kakao. I przejadłam się słodyczami. -- poskarżyła się Maja.
        -- Wiesz Majeczko, nie warto się martwić, bo będzie dobrze.  Zaparzę ci specjalnej herbatki, którą  zwykle parzyłam swoim dzieciom, gdy objadły się. To miotełka, która wymiecie z twojego brzuszka wszystko, co szkodzi. Do jutra będzie dobrze. Wyzdrowiejesz. -- pocieszyła babcia.
I tak się stało. Wypity przez Maję rumianek spowodował torsje, a później dziewczynka lepiej się poczuła. Obok spała Jula, ale nic nie wiedziała o chorobie siostry. Taki miała twardy sen. Babcia czuwała przy łóżku Mai do chwili, aż dziewczynka spokojnie usnęła. Kolejny dzień był wspaniały, bo zaświeciło słoneczko, a śnieg na górce aż prosił się, aby zjeżdżać po nim na sankach. Ubrane cieplutko obydwie dziewczynki zjeżdżały z góry, aż pod samą bramę . A później huśtały się na plastykowej huśtawce, zwisającej z drzewa. Dziadek musiał Julię przywiązać do huśtawki specjalnymi szelkami, takie figury robiła. Dziadek bał się, aby nie spadła i nie zrobiła sobie krzywdy.
Następnego dnia cała czwórka postanowiła udać się do Leska na basen. Woda w basenie była cieplutka. Dziadek od razu poszedł do pana ratownika i pod jego okiem doskonalił sztukę pływania, a babcia Bogusia wraz z wnuczkami rozgościły się w najmniejszym basenie. W zasadzie babcia siedziała na skraju basenu i przyglądała się wnuczkom szalejącym na zjeżdżalni. Były jedynymi użytkownikami baseniku. Maja, która na ramionach miała przypięte dmuchane rękawki, co chwilę wchodziła na szczyt zjeżdżalni, przybierała różne pozy, a babcia udawała, że pstryka jej zdjęcia. Po czym dziewczynka krzyczała.
       -- Uwaga ! Oto słynna pływaczka Maja. Proszę obserwować jej niepowtarzalny zjazd do wody. Co za perfekcja drodzy państwo. -- wdzięczyła się dziewczynka.
Julia na poczatku próbowała zjeżdżąć razem z młodszą siostrą, ale po chwili zniudziła się. Patrzyła z politowaniem na Maję i w końcu skomentowała.
        -- Popatrz, jaka z niej aktorka! Ale się wygina i popisuje. Nie mogę na nią patrzeć! -- wydęła usta i wyszła z basenu.
        -- Babciu, idę na większą ślizgawkę. Jej wylot jest za twoimi plecami. Tam jest bardzo płytko.  Zobaczysz mnie, jak odwrócisz głowę. A kiedy ten dziadek skończy lekcje i będziemy mogli wszyscy normalnie pływać?  -- zapytała.
W tym momencie wrócił dziadek i cała czwórka weszła do średniego basenu.
Julia szalała w wodzie. Pływała, nurkowała i bawiła się świetnie. Maja, wyposażona w rękawki i dziadka, też pławiła się jak mała foczka, a babcia mogła skorzystać z bąbelków i biczy wodnych.
Zadowoleni, odprężeni wesoło wracali do chaty. Jeszcze zatrzymali się pod sklepem, aby dokupić bułek na kolację. I gdy dziadek poszedł na zakupy, Maja nagle zrobiła się zielona na twarzy.
        -- Babciu, ja uważam, że ona zaraz będzie rzygać. -- Powiedziała Julia, wytrącając babcię z zamyślenia.
        -- Nie mówi się rzygać, tylko wymiotować ! -- słabo zaprotestowała Maja. Babcia Bogusia szybko odpięła pasy i chwyciła za pusty plastykowy worek, który przystawiła do twarzy wnuczki. W tym momencie w wnętrza Mai wydostała się istna fontanna.
       -- Coś ty, cały basen wody wypiłaś ? -- zdziwiła się Julia.
        -- Więcej nas nie wpuszczą, jak zobaczą co się stało. -- dodała z humorem. Ale Mai nie było do śmiechu. Gdy Dziadek wrócił, sytuacja była opanowana, ale Maja do końca dnia miała zielonkawy odcień buzi. Kolejne dnie dziewczynki poświęciły na malowanie obrazków na szkle. Przygotowały prezenty dla osób, które najbardziej lubią. Chciały im przywieźć pamiątki ze swoich zimowych ferii.
Julia nawet próbowała malować na płótnie. A gdy wszystkie prace wyschły i zostały zapakowane, a dziewczynki spakowały swoje torby, Julia powiedziała.
        -- Wiesz babciu, to były piękne i szalone ferie, chociaż trochę zarzygane. A na drogę, to lepiej kup dla nas "Lokomotiw", bo nie ręczę, czy zdołamy dojechać do domu.